Rachunek sumienia



Dzisiaj w ramach kolejnego już projektu dla Klubu Polki porozmawiamy o tym jak zmieniało się moje postrzeganie Francji po latach mieszkania w tej krainie winem płynącej. Cały projekt możesz śledzić po kliknięciu w ten link, teraz zaś zapraszam do lektury.


Przybyłam do Bordeaux w wieku trzynastu lat, pewnego pięknego wrześniowego dnia. Już od samego początku bardzo mi się tu podobało, ludzie przypadli mi do gustu - zawsze mili i wyrozumiali dla kolejnej obcej na ich ziemiach. Fakt, że nie mówiłam jeszcze po francusku nie sprawiał żadnych problemów, Francuzi życzliwie i cierpliwie tłumaczyli metodą łopatologiczną co, gdzie i jak. Na moje szczęście język załapałam niezwykle szybko, co tylko wywoływało podziw wśród moich nowych znajomych. 

Przez pierwszy rok zachowywałam się jak turystka i wyszło mi to na dobre. Poznałam miejsca, o których nawet rdzenni mieszkańcy nie wiedzieli, zawarłam wiele znajomości (krótkotrwałych, ale jednak), które pomogły mi zrozumieć mentalność ludzi. Przybyłam do Francji w idealnej porze, cudowna, letnia pogoda tylko potęgowała moją miłość do mojego nowego domu. Myślę, że gdybym trafiła tu w okres zimowy na pewno nie pokochałabym tak Bordeaux.

Wraz ze zrozumieniem języka przyszło zrozumienie ludzi, ich dowcipów, komentarzy i docinków. Wiele komentarzy zapadło w pamięć i raniło przez długi czas. Wyśmiewanie się z akcentu, arogancja, której wcześniej nie dostrzegałam, udawanie że się nie rozumie kiedy popełniłam drobny błąd... Miałam wrażenie, że byłam nic nieznaczącym robaczkiem, który zaraz zostanie zgnieciony. Długo odchorowałam to nagłe zderzenie z rzeczywistością, nabawiłam się niezłej fobii do ludzi, brzydziłam się dotyku, a codzienne la bise było nie do zniesienia. Z pomocą jednak przyszli znajomi - również obcokrajowcy - dzięki którym dostrzegłam, że jestem jednak wartościową osobą niezależnie od opinii gburów z Bordeaux. 


Z biegiem czasu przestałam zwracać uwagę na ludzi. La bise przestało przeszkadzać, strajki o każdej porze dnia i nocy (narodowy sport Francuzów!) zaczęły nawet wywoływać ironiczny uśmiech. Kilometrowa kolejka przed restauracją Entrecôte, gdzie typowy Francuz czeka godzinę na typowego steka z typowymi frytkami i typowym winem stała się dla mnie symbolem tego miasta. Francuzi są zdeterminowani i cierpliwi, a idealną ilustracją tych określeń jest właśnie ta kolejka na obiad.

Będąc w Polsce rodzina i znajomi mówili, że sfrancuziałam, że jestem jak bohaterka filmów romantycznych, które mają miejsce we Francji. Na takie teksty parskałam śmiechem, bo zdawałam sobie sprawę, że widzą Francję przez różowe okulary. Moje już dawno się zgubiły, więc ciągle wyprowadzałam ich z błędu. Określali mnie "Francuzka", bo przecież Francuzeczki w komediach romantycznych są takie naturalne i nie potrzebują się malować, a ja po każdym cmoknięciu w policzek na powitanie przecieram twarz z pudru. "Francuzka", bo ubrana w jasne kolory, pewnie modnie, och i ach! Idąc ulicami Bordeaux (i innych francuskich miast) nie dostrzeżesz zbyt wielu kolorów - odsyłam Cię do fragmentu filmiku Le Rire Jaune, który również o tym mówił. Dużo stereotypów, w jakie wierzy jeszcze wielu ludzi mogłabym obalić.

Francja w moich oczach nigdy nie była idealna. I nie będzie, tak samo jak każdy inny kraj. Kraje tworzą ludzie, a wśród ludzi ciężko o ten idealny model. Jednak uważam ją za swój dom, a Bordeaux za moje miejsce na ziemi.


Do zobaczenia niedługo w nowym wpisie! Wpadnij również na stronę bloga na Facebooku, un petit pouce en l'air nie zaszkodzi, a nawet dodatkowo zmotywuje do dalszego pisania!

Pozdrawiam ciepło!


5 komentarzy:

  1. Uwielbiam czytać wszystko, co jest związane z Francją i ten post też przeczytałam z chęcią. Szkoda tylko, że jest taki krótki!
    Piszesz: "Wyśmiewanie się z akcentu, arogancja, której wcześniej nie dostrzegałam, udawanie że się nie rozumie kiedy popełniłam drobny błąd..." Szczerze współczuję, że masz takie doświadczenia. Zawsze wydawało mi się, że Francuzi są jednak trochę bardziej wyrozumiali w stosunku do obcokrajowców. Myślę, że w tym przypadku szczęśliwie się złożyło,że moja emigracja powędrowała do USA. Tutaj jest wręcz odwrotnie! Amerykanie dopingują, nigdy nie krytykują gramatyki, a póki mogą zrozumieć, to nawet nie poprawiają błędów w wymowie (co akurat bywa minusem). Ale cóż, co kraj to obyczaj :) W tym roku lecę do Francji na wakacje. Moja francuszczyzna najlepsze czasy ma już dawno za sobą, ale mam nadzieję, że uda mi się uniknąć głupich przycinków ze strony autochtonów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Wyśmiewanie się z akcentu, arogancja, której wcześniej nie dostrzegałam, udawanie że się nie rozumie kiedy popełniłam drobny błąd..." Mieszkam w tym kraju od trzech lat i doskonale to znam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Powitanie we Francji, dwukrotne potarcie się policzek o policzek z irytującym dźwiękiem cmoknięcia za każdym razem :)

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosiłabym abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę bądź obrażające mnie/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiam! :)